— Zdejmij to natychmiast, albo zetnę koronkę prosto z twojego ciała,
— głos Aliny był cichy, suchy i całkowicie pozbawiony emocji, co czyniło groźbę

znacznie straszniejszą niż jakikolwiek krzyk.
Lena, kręcąca się przed dużym lustrem w sypialni, zamarła.
Miała na sobie czarny komplet
— ten sam, drogi, który Alina kupiła tydzień temu z premii i schowała w głębi
komody, nawet nie odcinając metek.
Teraz ta metka absurdalnie zwisała na biodrze szwagierki, podczas gdy ta wypinała
pośladki, podziwiając swoje odbicie.
Ale to nie było najgorsze.
Na idealnie pościelonym łóżku panował chaos.
Teczka z dokumentami była rozgrzebana.
Umowa kupna-sprzedaży, paszport Aliny, wyciągi bankowe — wszystko to leżało
wachlarzem na narzucie, jakby Lena przeprowadzała kontrolę czyjegoś życia.
— O, czemu tak wcześnie? — Lena odwróciła się, nawet nie próbując się zasłonić.
Na jej twarzy nie było ani grama wstydu, tylko lekkie poirytowanie, że ktoś jej przeszkodził.
— Po prostu oglądałam.
— Masz prawie mój rozmiar, tylko w biuście będzie na ciebie trochę małe, a na mnie idealne.
— Kirill mówił, że kupujesz sobie rzeczy, a nosisz same szare.
— No to postanowiłam sprawdzić, czy nie kłamie.
Alina nie wdawała się w dyskusję.
W środku jakby coś w niej kliknęło, wyłączając uprzejmość i normy społeczne.
Zrobiła krok do przodu, chwyciła dżinsy i sweter Leny z pufy, zgnietła je w kulę i rzuciła na korytarz.
— Hej! Zwariowałaś?
— pisnęła szwagierka, kiedy Alina chwyciła ją za nagie ramię.
Palce wbiły się w miękką skórę.
— Wynoś się,
— syknęła Alina, ciągnąc opierającą się kobietę do wyjścia z sypialni.
— Puść mnie!
— wrzasnęła Lena, próbując się wyrwać.
Ale Alina, napędzana obrzydzeniem i wściekłością, była silniejsza.
— Powiem to bratu!
— Pobiłaś mnie!
— Ja tylko mierzyłam!
Alina wypchnęła ją do przedpokoju.
Lena prawie się przewróciła, zaplątawszy się w dywanik.
— Ubieraj się i wynoś, — Alina stanęła w drzwiach, blokując drogę powrotną.
— Masz minutę.
— Jeśli nie znikniesz, wyrzucę cię na klatkę tak, jak stoisz.
— I mam gdzieś, co pomyślą sąsiedzi.
Lena, złorzecząc pod nosem i sapiąc ze złości, naciągnęła dżinsy prosto na skradzioną bieliznę.
Sweter założyła na lewą stronę, ale nawet nie spróbowała go poprawić.
— Jeszcze pożałujesz, — syknęła, zakładając buty.
— Kirill ci pokaże.
— Dla niego jesteś nikim, rozumiesz?
— Przybłędą.
— A ja jestem siostrą.
Drzwi zatrzasnęły się za nią z taką siłą, że posypał się tynk.
Alina oparła czoło o zimny metal drzwi, próbując uspokoić szalejące bicie serca.
Trzęsła się nie ze strachu, lecz z obrzydzenia.
Wróciła do sypialni.
Powietrze wydawało się teraz lepkie i obce.
Zebrała dokumenty, chwytając je dwoma palcami, jakby były zakażone.
Sprawdziła — wszystko było na miejscu.
Potem podeszła do komody i wyjęła nożyczki.
Gdyby Lena zostawiła tu bieliznę, Alina pocięłaby ją na kawałki.
Ale szwagierka wyszła w niej.
Na tę myśl podszedł jej do gardła odruch wymiotny.
Minęły dwie godziny.
Alina siedziała w kuchni, patrząc na wystygłą herbatę.
Wiedziała, co zaraz nastąpi.
Kirill nie kazał na siebie długo czekać.
Dźwięk otwierającego się zamka był ostry i agresywny.
Mężczyzna wszedł do mieszkania, nawet nie otrzepując butów z ulicznego brudu.
Przeszedł do kuchni w rozpiętej kurtce, a jego twarz była wykrzywiona ze złości.
— Co ty wyprawiasz? — ryknął zamiast powitania, opierając pięści o stół i pochylając się nad siedzącą żoną.
— Lena do mnie dzwoniła, ryczy do słuchawki!
— Mówi, że się na nią rzuciłaś, prawie jej włosy wyrwałaś i wyrzuciłaś ją na ulicę!
— Ty już całkiem rozum postradałaś, Alina?
Alina powoli podniosła na niego wzrok.
W jego oczach nie było pytania — był już gotowy wyrok.
— Twoja siostra weszła do naszej sypialni, kiedy mnie nie było, — powiedziała spokojnie.
— Grzebała w moich papierach.
— Założyła moją nową bieliznę.
— Tę, której nawet nie zdążyłam wyprać.
— Uważasz, że to normalne?
— I co z tego? — Kirill skrzywił się pogardliwie.
— Wielka mi rzecz, założyła!
— Jest dziewczyną, była ciekawa.
— Może chciała zobaczyć, jak leży na figurze, żeby kupić sobie taką samą.
— A twoje papierki… komu one potrzebne?
— Pewnie szukała ładowarki albo długopisu i przypadkiem ruszyła.
— Robisz z igły widły, bo jesteś skąpa.
— Skąpa? — Alina wstała.
Krzesło zgrzytnęło o podłogę.
— Kirill, to są moje osobiste rzeczy.
— Moje ciało.
— Moja przestrzeń.
— To kwestia higieny, w końcu!
— To tylko szmaty! — wrzasnął, pryskając śliną.
— Szmaty, które ja, nawiasem mówiąc, opłacam ze wspólnego budżetu!
— Lena to moja rodzina, bliższa mi niż ktokolwiek.
— A ty zachowujesz się jak pies ogrodnika.
Alina poczuła, jak w środku zaczyna się gotować ta zimna wściekłość.
Zacisnęła pięści tak mocno, że paznokcie wbiły się w skórę.
— Złapałam twoją siostrę na tym, jak przymierzała moją bieliznę i grzebała w moich dokumentach!
— To była ostatnia kropla!
— Wyrzuciłam ją!
— I więcej tu nie wróci!
Mąż tylko pogardliwie się uśmiechnął i, robiąc krok naprzód, popchnął ją ramieniem, zmuszając do cofnięcia się w stronę lodówki.
To nie był cios, ale upokarzający, właścicielski gest, pokazujący, kto tu rządzi.
— Jesteś po prostu zazdrosną histeryczką, — wypluł jej w twarz.
— Lena to moja ukochana siostra, jej wszystko wolno.
— Rozumiesz?
— Wszystko.
— Mój dom to jej dom.
— A ty tu mieszkasz, dopóki znoszę twoje wybryki.
Podszedł do szafki, wyjął szklankę i nalał sobie wody, demonstracyjnie ignorując obecność żony, jakby była powietrzem.
Potem napił się i odwrócił do niej z lodowatym uśmiechem.
— A więc tak.
— Teraz bierzesz telefon.
— Dzwonisz do niej i błagasz, żeby wróciła, bo inaczej zrobię ci takie piekło, że sama uciekniesz.
— I nie tylko zadzwonisz.
— Przeprosisz.
— Powiesz, że jesteś głupią wariatką, że miałaś zły dzień, cokolwiek.
— I za godzinę ma tu być, a ty będziesz skakać wokół niej.
— Nie zrobię tego, — powiedziała cicho Alina.
— Nie będę przepraszać złodziejki i chamki.
Kirill powoli odstawił szklankę na stół.
Szkło zadźwięczało.
Spojrzał na nią tak, jak patrzy się na zepsuty sprzęt.
— Nie zrobisz? — zapytał cicho.
— Jesteś pewna?
— Bo jeśli teraz się uprzesz, gwarantuję ci, że pożałujesz każdej sekundy.
— Zapomniałaś, kto cię utrzymuje?
— Zapomniałaś, czyje to mieszkanie?
— Myślisz, że ślub daje ci prawo podnosić głos na moją rodzinę?
Podszedł do niej tak blisko, że zagonił ją w kąt między lodówką a parapetem.
Pachniał drogimi perfumami, które sama mu kupiła.
Teraz ten zapach ją dusił.
— Dzwoń, — rozkazał.
— Natychmiast.
Alina milczała, patrząc mu prosto w oczy.
Strach powoli ustępował miejsca ciężkiej świadomości.
— Powiedziałam „nie”, — powtórzyła.
— Nie zadzwonię.
— I nie przeproszę.
— Ukradła moją bieliznę.
— Grzebała w moich dokumentach.
— To nie są dziecięce wybryki.
— To jest jakieś wynaturzenie.
Kirill powoli się odsunął.
Na jego ustach pojawił się krzywy uśmiech.
Nie krzyczał.
Nie uderzył.
I to było straszniejsze.
— Nie zrobisz, tak? — powiedział spokojnie.
— Dumna jesteś?
— No dobrze.
— Za dumę się płaci.
— Lena teraz cierpi.
— A cierpienie trzeba zrekompensować.
Odwrócił się i szybkim krokiem wyszedł z kuchni.
Alina, czując złe przeczucie, poszła za nim.
Kirill wszedł do sypialni i podszedł prosto do toaletki.
— Co robisz? — szepnęła Alina.
Nie odpowiedział.
Zgarnął kosmetyki, odrzucił szczotkę i chwycił flakon perfum.
Te francuskie, które Alina kupiła sobie na urodziny.
— Lena od dawna takie chciała, — powiedział obojętnie.
— Podoba jej się zapach.
— Nie chciałaś jej dać?
— To ja dam.
— Odłóż to! — krzyknęła Alina.
— To moje rzeczy!
— Nie masz prawa!
Kirill uniósł rękę wyżej.
Drugą otworzył szafę.
— A tu mamy torebkę, — zamruczał.
— Idealna dla Leny.
— Ja ją kupiłam! — wrzasnęła Alina.
— Za swoje pieniądze!
— Oddaj!
— Puść, — syknął.
— Nie! — szarpnęła torebkę.
Reakcja była natychmiastowa.
Popchnął ją.
Alina upadła i uderzyła się o framugę.
Łzy napłynęły do oczu — z upokorzenia.
Kirill nawet nie drgnął.
— Twoje jest tylko to, na co pozwolę, — powiedział chłodno.
— Takich jak ty jest wiele.
— A siostrę mam jedną.
Alina patrzyła na niego jak na potwora.
— Spójrz na siebie, — kontynuował Kirill z obrzydzeniem.
— Rozczochrana, czerwona, małostkowa.
— Trzęsiesz się o kawałek skóry i śmierdzące perfumy.
— A Lena to dusza.
— Dobra, otwarta.
— No wzięła coś do przymierzenia, przejrzała papiery — i co z tego?
— Ubyło ci czegoś?
— Nie.
— A ty zrobiłaś histerię i ośmieszyłaś rodzinę.
Alina patrzyła na niego z dołu i miała wrażenie, że widzi potwora.
Jak mogła z nim żyć?
Jak mogła dzielić z nim łóżko?
— Jesteś złodziejem, — wyszeptała.
— Zwykłym, małym złodziejem.
— Okradasz własną żonę, żeby zadowolić siostrę.
— To jest chore.
— Zamknij się, — kopnął ją lekko pantoflem.
— Jeszcze raz się odezwiesz, to wyniosę całą twoją garderobę na śmietnik.
— Albo oddam Lenie.
Poszedł do wyjścia z sypialni, ale zatrzymał się w drzwiach.
— Zawiozę jej teraz te „prezenty”.
— A ty zastanów się nad swoim zachowaniem.
— I ogarnij się.
— Nie da się na ciebie patrzeć.
Wyszedł na korytarz.
Alina słyszała, jak pakuje jej rzeczy do torby, jak zakłada kurtkę.
Każdy dźwięk bolał.
Nie wstała.
Siedziała na podłodze, przytulając kolana, patrząc na pustą półkę.
Drzwi trzasnęły.
Zamek przekręcił się dwa razy — zamknął ją z zewnątrz.
Jak nieposłuszne szczenię.
W mieszkaniu zapadła cisza.
Tylko odgłos samochodów zza okna.
I w tej ciszy Alina zrozumiała jedno.
Rodzina, którą próbowała budować, nie istnieje.
Nigdy nie istniała.
To była tylko dekoracja.
Za którą kryło się chore uwielbienie Kirilla dla siostry.
A ona była tylko sprzątaczką w tym domu.
Powoli wstała.
Ramię bolało.
Podeszła do lustra.
Patrzyła na nią blada kobieta z rozmazanym makijażem.
— Nie, — wyszeptała.
— Chcesz rekompensaty?
— Będzie rekompensata.
Kirill nie wiedział, że to początek jego końca.
Jechał windą, czując się bohaterem.
Nie rozumiał, że sprężyna właśnie pękła.
Dźwięk klucza w zamku zabrzmiał jak wystrzał.
Alina drgnęła.
Nie płakała już.
W środku była pustka.
Kirill wszedł z triumfalnym wyrazem twarzy.
Pachniał jej perfumami.
Uśmiechał się zadowolony.
— No i co?
— Ochłonęłaś?
— Lena jest zachwycona.
— Torebka leży na niej idealnie.
— Możesz uznać, że pierwszy krok do zgody zrobiony.
— Cieszę się, — powiedziała sucho Alina.
— No widzisz, — uśmiechnął się.
— Ale to nie wystarczy.
— Lena przyjdzie dziś na kolację.
— O ósmej.
Alina zamarła.
— Dzisiaj?
— Po tym wszystkim?
— A co się stało? — zdziwił się.
— Kłótnia jak każda.
— Pójdziesz do kuchni.
— Zrobisz jej ulubione danie.
— Nie będę dla niej gotować, — powiedziała twardo.
— Nie jestem służącą.
Twarz Kirilla stwardniała.
Wyjął telefon.
Kliknął coś.
Telefon Aliny zapiszczał.
Jedna wiadomość.
Druga.
Trzecia.
— Sprawdź, — powiedział.
Alina spojrzała.
Karta zablokowana.
Limit zero.
— Zablokowałeś moje karty? — wyszeptała.
— A po co ci pieniądze? — odpowiedział spokojnie.
— I samochodu też nie ruszysz.
— Będziesz chodzić pieszo.
— To moje pieniądze! — krzyknęła.
— Będziesz służyć mojej rodzinie, — wrzasnął.
— Inaczej wynocha.
Chwycił ją za rękę i szarpnął.
— A teraz zadzwonimy do Leny.
Wybrał numer.
Włączył głośnik.
— Halo? — odezwała się Lena.
— No i co, ukarałeś ją?
— Oczywiście, — uśmiechnął się Kirill.
— Alina na ciebie czeka.
— Już gotuje.
— Serio? — zaśmiała się Lena.
— Mam nadzieję, że nie napluje do talerza.
— Nie napluje, — powiedział chłodno.
— Jest mądrą dziewczynką.
— Powiedz jej, — nakazał.
Alina spojrzała mu w oczy.
I coś w niej pękło.
— Przyjdź, Lena, — powiedziała spokojnie.
— Czekam.
— Stół będzie gotowy.
— No i pięknie, — ucieszył się.
Alina poszła do kuchni.
Wzięła nóż.
Metal zabłysnął.
— Miękkie mięso, tak? — szepnęła.
— Będzie niezapomniana kolacja.
O ósmej dokładnie zadzwonił dzwonek do drzwi.
Dźwięk był długi, pewny siebie, jak u właściciela.
Kirill siedział rozwalony w fotelu z kieliszkiem whisky i nawet się nie ruszył.
Tylko skinął głową w stronę drzwi.
— Otwórz.
— I uśmiechaj się.
Alina wytarła ręce o ręcznik i poszła do przedpokoju.
Gdy otworzyła drzwi, uderzył ją znajomy zapach — jej perfumy.
Lena wylała na siebie pół flakonu.
Stała w progu, uśmiechnięta, z tą samą torebką na ramieniu.
— No cześć, histeryczko, — powiedziała z pogardą.
— Kirill mówił, że zrozumiałaś swoje miejsce.
— Dziś jestem dobra.
— Wybaczam ci.
— Wchodź, — powiedziała spokojnie Alina.
— Kolacja gotowa.
W pokoju Kirill już nalewał wino.
Na widok siostry rozpromienił się.
— Moja piękność!
— Siadaj.
— Alina, podawaj!
Lena usiadła na miejscu Aliny.
Postawiła torebkę na stole.
— Mam nadzieję, że nie naplułaś? — zaśmiała się.
— Nie, — odpowiedziała Alina spokojnie.
— Włożyłam w to całą duszę.
— I całe moje podejście do waszej rodziny.
— Przestań gadać, — mruknął Kirill.
— Nakładaj.
Alina stanęła naprzeciw Leny.
— Mówiłeś, że moje rzeczy to tylko szmaty?
— Co? — zmarszczył brwi Kirill.
— A ty mówiłaś, że podoba ci się ta torebka?
— No podoba, — prychnęła Lena.
— To jedz, — powiedziała Alina.
I nagle odwróciła garnek.
Gorący sos, mięso i grzyby wylały się prosto do torebki.
Potem na kolana Leny.
Zapadła cisza.
Sekundę później rozległ się krzyk.
— Aaa! Gorące! Co zrobiłaś?!
— Moja torebka!
Kirill zerwał się na nogi.
— Ja cię zabiję!
Rzucił się na nią.
Alina chwyciła nóż.
— Spróbuj tylko.
Zatrzymał się.
— Oszalałaś! — wrzeszczała Lena.
— Zamknij się! — krzyknęła Alina.
— Słuchajcie.
— Kirill, mówiłeś o rozwodzie?
— Uważaj, że już go masz.
— A twoje garnitury?
— Pocięłam.
— Wszystkie.
Kirill pobladł.
— Ty…
— Zniszczyłaś wszystko…
— Tak.
— To tylko szmaty, pamiętasz?
Rzuciła nóż na stół.
— Zadzwoń na policję.
— Opowiesz im wszystko?
— O kradzieży?
— O przemocy?
— O dokumentach?
Zamarł.
— Gdzie moje kluczyki? — zapytała spokojnie.
— W kurtce…
Wzięła klucze.
I pieniądze.
— To rekompensata.
Walizka już stała w przedpokoju.
— Żyjcie sobie.
— Pasujecie do siebie.
— Alina, czekaj! — krzyknął.
— Już wyszłam, — odpowiedziała.
Drzwi się zamknęły.
Na klatce było chłodno.
Ale po raz pierwszy oddychała swobodnie.
Za drzwiami słychać było krzyki.
Ale to już nie było jej życie.
Nacisnęła przycisk windy.
Przed nią była niepewność.
Ale lepsza niż to piekło.







