Pozytywny
— Czy ty w ogóle jesteś normalny, Maksym?! — ostro rzuciła Anastazja. — Trzysta pięćdziesiąt tysięcy na samochód dla twojej siostry? Z moich kont?
W wiosce, gdzie wszyscy znali się po imieniu i podwórkach, Olga mieszkała z mężem Iwanem już szósty rok. Wioska nazywała się Sosnówka. Mała, około pięćdziesięciu ludzi.
Stałem przy oknie. I patrzyłem na listopadowy deszcz. Uderzał o szybę. Woda spływała krzywo. Światło latarni się rozmywało. W domu pachniało barszczem.
— Czego się po niej spodziewać? Moja żona jest głupia. Tylko je i wydaje moje pieniądze. Prawda, Lenka? Głos Antona był głośny. Zagłuszył rozmowy.
Stałam przy drzwiach kawiarni „Młodość”. I próbowałam przekonać siebie, żeby nie zamówić taksówki z powrotem. Telefon w torebce wibrował.
— Czyje to torby stoją w moim korytarzu? I dlaczego ktoś w kuchni stuka moimi garnkami? Stałam w progu własnego mieszkania po ciężkiej zmianie.
Mama zadzwoniła o siódmej rano. W sobotę. Leżałam w łóżku obok cicho pochrapującego męża. Patrzyłam na deszcz za oknem. I myślałam o tym, że dziś w końcu
Poranek zaczął się od tego, że nie mogłam znaleźć mojego ulubionego kubka. Tego z księżniczką, który Maksym podarował mi na rocznicę naszego poznania.
— Ty w ogóle rozumiesz, co zrobiłeś? Przyprowadziłeś ludzi do mojego domu, jakbym ja tu była lokatorką bez praw! Walera stał w przedpokoju, trzymając klamkę
— Marina, bądź człowiekiem! Wika nie ma gdzie iść, nie jesteśmy obcy! Sasza zastąpił mi drogę przy wejściu do biura. Udawał zrozpaczonego.









